Wspomnienie o tykocińskim młynie w pigułce

       W 1937 roku przybyło do Tykocina małżeństwo – Irena i Stanisław Szabłowscy z zamiarem budowy młyna i domu mieszkalnego. W tym celu zakupili grunty ziemskie przy ulicy Zagumiennej i wynajęli niewielkie mieszkanie u państwa Olkowskich w starym zabytkowym domu przy ulicy 11 Listopada. Stanisław Szabłowski, syn Juliana – właściciela ziemskiego i młynarza ze wsi Kostry Podsętkowięta (obecnie gmina Klukowo, powiat wysokomazowiecki), postanowił w Tykocinie kontynuować młynarskie tradycje rodzinne. Rozpoczął więc szybko starania umożliwiające budowę młyna. Zatwierdzenie projektu budowy i urządzenia młyna motorowego wydał Urząd Wojewódzki w Białymstoku dnia 2 VI 1937 roku, a pozwolenie na użytkowanie 22 XII 1938 roku. Jeden z warunków użytkowania (punkt 6) brzmiał: „Ustawić dostateczną ilość spluwaczek z płynem odkażającym”.
       Młyn miał zapewnić byt rodzinie i przyszłym pokoleniom, jednak 8 miesięcy później wybuchła II wojna światowa. Młyn przejęli Niemcy, ale pozwolili jego właścicielowi dalej w nim pracować. Latem 1944 roku wycofujący się Niemcy nafaszerowali młyn minami. Na szczęście jeden z nich, poczciwy człowiek, ostrzegł Stanisława Szabłowskiego przed czyhającym niebezpieczeńswem. Wkrótce wkroczyli Rosjanie i za połeć słoniny oraz butelkę wódki usunęli śmiertelne ładunki.
       Pierwsze powojenne lata były w Tykocinie i okolicach bardzo niespokojne. PRL – państwo robotników i chłopów od początku nie lubiło prywatnej mąki, ale przez pierwsze 2, 3 lata swego istnienia było stosunkowo łagodne dla właścicieli. W młynie znaleźli zatrudnienie: maszynista Jan Kowalski, stróż Antoni Grądziel, obsługujący urządzenia młyńskie Edward Wądołowski i najważniejszy z nich buchalter Kudybyn. Młyn pracował pełną parą. Chłopi z okolicznych wiosek tłumnie zajeżdżali furmankami na młyński dziedziniec, zwłaszcza we wtorek, który był dniem targowym. Był to na tyle dobry okres (1948-1949), że za zarobione pieniądze właściciele wybudowali  nieduży drewniany dom. Całkiem zgrabny dom, otoczony sadem, stanął w niewielkiej odległości od młyna.
       Mała stabilizacja pierwszych powojennych lat szybko zaczęła się chwiać. Demokracja ludowa coraz bardziej odsłaniała swoje niemiłe oblicze. Świetlanej przyszłości ludu pracującego miast i wsi zagrażali nawet tacy kapitaliści jak Stanisław Szabłowski, których należało gnębić. Częste kontrole młyna prowadzone przez urzędników państwowych dręczyły podatkami i tzw. domiarami. W atmosferze wczesnych lat pięćdziesiątych (rok 1952) nastąpiło upaństwowienie młyna. Całą rodzinę Szabłowskich pozbawiono środków do życia. Nie pozwolono pracować właścicielowi w jego własnym młynie. Na kierownika młyna awansował niejaki Kudybyn. Chcąc utrzymać rodzinę, Stanisław Szabłowski znalazł zatrudnienie w młynie państwowym w odległym o 12 km od Tykocina Kurowie, prowadzonym przez Dionizego Pawłowskiego.
       Na początku 1957 roku młyn motorowy w Tykocinie spłonął. Przyczyną pożaru były zaniedbania w obsłudze maszyn młyńskich spowodowane pijaństwem zatrudnionych robotników. Po żmudnych staraniach Stanisław Szabłowski łaskawie dostał pozwolenie na odbudowę spalonego młyna. Tykocin był wówczas już zelektryfikowany i maszyny w nowym młynie posiadały napęd elektryczny. Warunki techniczne zasilania w energię elektryczną wydał Zakład Energetyczny Białystok pismem z dnia 28 VIII 1958 roku. W dniu 24 I 1959 roku Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej w Białymstoku wydało zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej we współpracy z Zygmuntem Sadowskim. Były to już lata sześćdziesiąte (czasy „gomółkowskie”), na krótko nastała lekka odwilż. Ze względów finansowych pojawił sie również wspólnik, niejaki Wysocki. Pracowali na zmianę, co drugi tydzień, pomagał Edward Wądołowski. Niestety, w tym okresie trzeba było znowu zmagać się z uciążliwymi kontrolami młyna prowadzonymi przez urzędników państwowych.
       W okresie swojej działalności zawodowej Stanisław Szabłowski był ekspertem w dziedzinie młynarstwa i działał w Izbie Rzemieślniczej w Warszawie. Był również członkiem Polskiego Związku Łowieckiego. Z pasją poświęcał się sadownictwu w przydomowym dużym sadzie oraz podróżowaniu rowerem i motocyklem.
       Z uwagi na pogarszający się stan zdrowia właściciela, młyn został sprzedany w 1971 roku Marianowi Kozłowskiemu z Rudy koło Krypna. Tak zakończył się w XX wieku pewien etap w historii tykocińskiego młyna pod zarządem Ireny i Stanisława Szabłowskich, którzy posiadali czwórkę dzieci: Eleonorę, Cezariusza, Zbigniewa i Stanisława. Młynarskie tradycje rodzinne kontynuował przez kilka lat syn Cezariusz (absolwent Technikum Młynarskiego we Wrocławiu) podczas pracy w Inspekcji Zbożowej i młynie w Białymstoku. Stanisław Szabłowski zmarł w 1974 roku, zaś jego żona Irena zmarła w 1991 roku. Oboje są pochowani na cmentarzu w Tykocinie.
       Działalność usługowa młyna prowadzona przez nowego właściciela dla mieszkańców Tykocina i okolicznych rolników trwała jeszcze przez pewien okres nieznany dokładnie autorowi tekstu. Budynek młyna w stanie po odbudowie przetrwał do 2013 roku, po czym został rozebrany. Na dawnym placu młyńskim przy ulicy Zagumiennej wybudowano kompleks mieszkalny „Sadyba Tykocin”.

Ujęcie z Google Street View z lipca 2013

Zdjęcia z archiwum rodzinnego
tekst: Stanisław Szabłowski

4.8 4 głosy
Ocena wpisu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
8 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
/Krzysiek/
Administrator
11 miesiące temu

Zdjęcie o numerze 7 => po prawej stronie widać stodołę krytą strzechą mojego dziadka Wiktora Olkowskiego, obecnie w tym miejscu znajduje się budynek mieszkalny mojego brata.

Marcin K
Edytor
11 miesiące temu

Wspominajmy i dokumentujmy nasze ginące dziedzictwo. Krzysiu, dobra robota. Tykocin niestety podąża globalizacyjnymi ścieżkami, upodabnia do wszystkiego innego wokół, więc takie teksty są potrzebne, bo widzimy, że tracimy charakter. Młyn to tylko młyn – ktoś powie – rudera. A jednak nie. Chodzi o okruchy naszej rzeczywistości budującej tożsamość, związek mentalny z miejscem.

/Krzysiek/
Administrator
11 miesiące temu
Odpowiedź do  Marcin K

Marcinie, podziękowania należą się Panu Stanisławowi Szabłowskiemu; przyznałem mu funkcję Redaktora strony i on sam wykonał wszystko; z mojej strony to tylko kosmetyka: zmiana czcionki i jej wielkości oraz wstawienie widoku z Google Street Wiev i powiadomienie subskrybentów o wpisie.
Też masz funkcję Redaktora, możesz jeśli chcesz wstawić treści ze strony którą prowadziłeś wspólnie z bratem AZTykocin1425; tam też było sporo historii Tykocina, które uciekły w momencie zamknięcia strony; @Jacek Kropiewnicki też mógłby zrobić podobnie.

Waldek
Waldek
11 miesiące temu

Mój dziadek był palaczem w kotłowni. Ktoś otworzył t.z. „kaptur” w piecu i dziadek został zatruty czadem. Za dwa tygodnie młyn spłonął.

Maria
Edytor
11 miesiące temu
Odpowiedź do  Waldek

Jak się nazywał pana dziadek?

/Krzysiek/
Administrator
11 miesiące temu
Odpowiedź do  Maria

Stróż Antoni Grądziel, mógł być też palaczem; Waldku proszę o potwierdzenie.

Maria
Edytor
11 miesiące temu

Brawo za przypomnienie tak ważnego dla dawnego Tykocina obiektu i jego historii oraz o rodzinie pp. Szabłowskich! Z wielką ciekawością przeczytałam!